Muzyka

poniedziałek, 28 maja 2018

Ashwagandha

Ha! No i mam tytuł posta o tajemniczo i obco brzmiącym brzmieniu, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. ;p Witania ospała, polska nazwa tego zioła nie byłaby już tak efektowna.

Ashwagandha - Indyjski żeń-szeń. Z tego co znalazłem jest bardzo pomocny w przypadku depresji, leków, fobii, zmęczenia. Znalazłem o nim informację na grupie Facebookowej o ziołach. Jak już wspomniałem w ostatnim poście na poważnie zająłem się tematyką ziół i ich właściwościach leczniczych. Jako, że mi non stop coś jest piję ziółka codziennie, jednak staram się tak z 3 razy maksymalnie na dzień, nie wiem nawet czy ich nadmiar może być szkodliwy. Wiem, że w przypadku niektórych należy robić przerwę, dlatego nie piję nigdy cały czas tych samych, tylko ciągle odkrywam coś nowego, a leki staram się w miarę jak najbardziej ograniczać, mimo że nie jest to łatwe biorąc pod uwagę jak wiele mam uciążliwych objawów depresji, nerwicy i ch** tam wie czego jeszcze. Myślę o pójściu do jakkiegoś lekarza, myślę, że powinienem zrobić bardziej szczegółowe badania tarczycy, tak jak zasugerował mi ktoś kiedyś tutaj w komentarzu na blogu. Poczytałem o tym trochę więcej w internecie i stwierdziłem, że rzeczywiście może coś być na rzeczy. Bardzo Ci dziękuję, drogi czytelniku, tylko przepraszam, że nie odpisałem wtedy. No jakoś tak wyszło... Nie miałem natchnienia. Będąc w takim samopoczuciu jakie mnie często nawiedza trudno nawet zebrać myśli żeby coś napisać, albo z kimś porozmawiać i każde napisane zdanie to niebywały umysłowy wysiłek. Robiłem morfologię wielokrotnie podczas takiego samopoczucia i było wszystko okk. Ale z tego co się dowiedziałem, to zwykłe badania krwi nie wystarczą i trzeba się wybrać do endokrynologa. Tylko czy można pójść do takiego lekarza jak się nie pracuje i mimo próby nie jestem zarejestrowany w urzędzie pracy?

Mam stan przewlekłego zmęczenia, neurastenii, czy jak to nazwać, nie mam energii, mam problemy z koncentracją, pamięcią, kręci mi się w głowie, boli mnie praktycznie wszystko. Pije ziółka, ale niewiele dają. Kawa też niewiele daje. Witamina C niewiele daje. Magnez niewiele daje. Wszystko niewiele daje, a jeśli już to na krótko. Zamówiłem sobie jakiś czas temu tą Ashwagandhę, jako suplement w tabletkach. Zobaczymy czy to coś da, czy znowu g***o. Jakby mi ktoś teraz powiedział ,,pójdź do pracy, to Ci przejdzie, wsiądź na rower to Ci przejdzie, pobiegaj to Ci przejdzie" to ręka, noga mózg na ścianie. Tak bardzo bym chciał funkcjonować normalnie, pójść do pracy, mieć energię do życia, no ale nie da się. I te wyrzuty sumienia, poczucie winy, bo inni myślą, że jestem leniem, a nie wiedzą jakk bardzo cierpię. No tak, przecież to śmieszne, młody, zdrowy chłop a wymyśla sobie jakieś choroby, do roboty, ku**a, a nie użalasz się nad sobą cioto! No, nie, aż tak nikt do mnie nie mówi, ale wiem jakk takkie osoby na ogół się traktuje, bo byłem w takkiej g**nianej grupie na Facebooku o depresji i nerwicy, ale spierdzieliłem stamtąd jak zobaczyłem jacy tam debile przesiadują, chyba nieraz tylko po to żeby sobie z kogoś jaja porobić, albo podobijać psychicznie (na szczęście akurat nie mnie ;)). Szczególnie mężczyzn, bo mężczyzna nie prawa do okazywania uczuć. Najlepiej od razu k**a do gazu takich jakk ja i byłby spokój, je**e pseudo samczyki alfa, co? Przepraszam za gniew, ale mnie to za przeproszeniem wk***ia, że ludzie nie potrafią zaakceptować inności, tego, że nie każdy mężczyzna musi być supermenem, a każda oznaka słabości jest zewsząd gnojona, i to nawet na grupie o depresji i nerwicy. Tak trudno mieć w sobie choć odrobinę empatii? I potem się dziwią, że mężczyźni tak często popełniają samobójstwa. Przecież oni nie mają społecznego przyzwolenia na to żeby cierpieć, być choć przez chwilę słabym, nawet jeśli wcześniej byli mega silni. Każda oznaka ich słabości jest traktowana jako ,,użalanie się nad sobą" (znienawidzone przeze mnie określenie). Czasami ktoś po prostu musi dać upust emocjom i wyrzucić z siebie co leży na wątrobie. Ja np. nie robię tego na co dzień. Normalnie wcale nie obnoszę się ze swoim cierpieniem tylko staram się żyć normalnie, pokazać, że jestem ,,silny", bo słabego nikt nie szanuje, nikt się z nim nie liczy.

Opuściłem tą grupę Facebookową, bo czułem się coraz gorzej będąc tam. Jeszcze trochę i chyba popadłbym w jakąś mizantropię. Chociaż jak ognia staram się unikać wpadania w pułapki mizantropii/mizoginii, to nieraz, zwłaszcza w stanie nasilonej depresji jest to naprawdę ciężkie, zwłaszcza, że czujesz się wtedy kompletnie przez większość ludzi ignorowany, opuszczony, zapomniany. 100 razy bardziej niż w momencie kiedy masz energię. W depresji za dużo myślę, zdaję sobie wtedy sprawę, że każdy żyje swoim życiem i nikt nie ma czasu dla mnie. A przecież każdy człowiek potrzebuje jakiejś bliskości, chociażby wymiany paru zdań, pozwierzania się, pożartowania, pośmiania się. Mam na dzień dzisiejszy kilka takich zaufanych osób na GG, myślę, że mogę ich nazwać prawdziwymi przyjaciółmi. Kiedy ktoś nawet zasranego ,,cześć, co słychać?" napisać sam z siebie, bezinteresownie nie potrafi a jeśli już coś odpisze to z wielką łaską, albo tylko wtedy kiedy ma w tym jakiś interes... To sorry Gregory, taka znajomość mnie nie interesuje. Większość osób jakie do tej pory poznałem to niestety same takie osoby. Może ja jestem jakiś dziwny, nie wiem, ale ja lubię rozmawiać od serca, o wszystkim, o problemach jak i o sukcesach, czasem o duchowości, filozofii, czasem o muzyce, czasem o astronomii, a czasem i o dupie Maryni. :D A niektórzy tylko o tym ostatnim potrafią. :D Może jestem zbyt ostry, nie chcę nikogo urażać ani wychodzić na kogoś kto pozjadał wszystkie rozumy i gardzi innymi, bo tak nie jest. Mam szacunek do wszystkich, każdemu życzę jak najlepiej, nawet moim byłym oprawcom, którzy znęcali się nade mną słownie i bili, chociaż lubię was nieraz potorturować w myślach to niech wam się powodzi sk***syny, żebyście żyli długo i szczęśliwie, kanalie ;). Może i przemawia przeze mnie nieraz jakiś rodzaj egoizmu, ale to tylko dlatego, że wielokrotnie naciąłem się na byciu dobrym, milutkim frajerkiem, którego można sobie wykorzystywać, a on i tak nie będzie chciał nic w zamian i można go olać. Teraz jest we mnie trochę więcej egoisty, ale myślę, że to dobrze. To zdrowy egoizm. Już lepiej znam swoją wartość, już trudniej mnie doprowadzić na skraj załamania. Co Cię nie zabije to Cię wzmocni. I tego też życzę wszystkim osobom z podobnymi przejściami, jeśli to czytacie, bądźcie silni, nie poddawajcie się, bądźcie trochę egoistami, nie starajcie się na siłę wszystkich uszczęśliwić ani spełniać wymagań tych, którzy wam narzucają jak macie żyć. I to, że tylko tacy jak my mamy przechu***o to też g** prawda. Inni tylko na pokaz udają, że mają takie super fajne życie, a co czują w środku to wiedzą tylko oni sami. Większość ludzi nie jest zbyt szczęśliwa, tylko nikt się z tym nie obnosi. Przez to takie złudzenie, że u sąsiada trawa zawsze bardziej zielona. Taki kolega z mojego rocznika, taki przekozak, taki był cwaniak, och i ach. I co? I siedzi w areszcie teraz za przemyt narkotyków i czeka na proces. Nie wierzę, że to pozostanie bez wpływu na jego dalsze życie, zwłaszcza, że to takk naprawdę nie jest zbyt silny psychicznie gość, wręcz z masą kompleksów, tylko kreujący się na takiego mafioza. Tak więc, czasami siedzenie w domu czasami jest lepsze, przynajmniej pewność mamy, że nas policja za coś nie zgarnie. ;)

Pozdrawiam wszystkich czytelników. Do napisania.

czwartek, 3 maja 2018

Wiwat maj, trzeci maj...

Znowu spieprzyłem tradycję, że robię post na blogu raz w miesiącu, ech... ;) Ale jakoś czułem się wyjątkowo dobrze jak na mnie przez cały kwiecień. Na początku odstawiłem Parogen i czuję się do dziś dość dobrze, choć są kryzysy, ale udaje mi się je pouregulowywać tabletkami, głównie ziołowymi, zwykłymi, bez recepty, a także ziołami z zielarni, które ostatnio zacząłem zamawiać przez internet, oraz wieloma innymi moimi sposobami.
Poszerzam wciąż wiedzę na temat medycyny i psychologii, zagłębiam się w duchowość. To jedyny sposób żeby się wyleczyć. Jak dobrze poznasz swojego wroga to wtedy dopiero zdobywasz podstawy wiedzy jak go pokonać. Nie cytuję, to moje słowa. W tym przypadku wychodziłoby na to, że moim wrogiem jestem ja sam. Mam pokonać siebie? Chyba nie. Raczej pokonać diabła, który siedzi we mnie, tylko dobrze się kamufluje i nie daje po sobie poznać, że tak naprawdę nie jest częścią mnie.

Poświęcam się ostatnio muzyce i graniu bluesa na gitarze, ostatnio zainteresowała mnie technika slide, i kiedy odebrałem gitarę z naprawy to też sobie przyrząd do takiej gry kupiłem. Także w tle pisania przeze mnie tego posta przewija się gdzieś legenda, Robert Johnson, czy inni czarni bluesmani z lat 20, 30.

Poznaję właściwości ziół i w zależności od dolegliwości stosuje je na sobie, a także częstuję rodziców, głównie ojca, ziołami na nerki, trawienie, uspokojenie, obniżenie cukru, ciśnienia. Sukcesem moim jest, że udało mi się dopilnować by prawie roku ojciec ani razu nie przekroczył wagi 97 kg (w styczniu 2017 miał 117 kg przy wzroście 180 cm), ostatnio jak się ważył miał 94 kg, zdarzało się też 91, a nawet jak był ostatnio chory - 88-89 kg.

Mija dziś 14 lat od mojej Komunii. Od dokładnie 14 lat jeżdżę na jednym i tym samym rowerze. :D

Byliśmy dziś z wizytą u mojej babci, ma 63,5 roku. Urodziła moją mamę jak miała dokładnie 18 lat i 3 miesiące. Wciąż żyje mieszka z moją babcią, jej mama, a moja prababcia, 24 maja skończy 85 lat. Zauważyliście może, drodzy czytelnicy, że uwielbiam liczby. Matematyki nienawidzę, ale liczby kocham. Do tego stopnia, że są dni, w których mojego smartfona używam tylko po to żeby włączyć kalkulator i wpisywać w nim różne liczby, najczęściej są to jakieś daty historyczne, czyjś wiek co do dnia. Lubię wpisywać wiek/rok i szybko zmieniać o jeden rok do przodu. Nie wiem co ja z tym mam, ale uwielbiam to. Wprowadza mnie to w stan takiego odprężenia i błogości. Słyszałem kiedyś o takim człowieku, nie pamiętam czy to był Asperger, autystyk czy sawant, ale korzystał z książek telefonicznych, tylko po to żeby móc wpatrywać się w liczby, to był wręcz jego nałóg, obsesja. Nie pamiętam czy mówiłem, ale mam coś takiego, że u mnie każdy miesiąc, dzień tygodnia, liczba, litera ma jakiś kolor. Myślę, np. o maju i od razu mam w głowie czerwony napis ,,maj", jest to zupełnie nieświadome, zakodowało się to kiedyś tam w dzieciństwie i tak zostało, podobnie jak to, że styczeń jest niebieski, luty żółty, jeśli chodzi o dni tygodnia to np. poniedziałek jest niebieski, wtorek zielony. Z tego czytałem takie zjawisko przypisywania kolorów to synestezja.

Wiem, że z moją pokręconą osobowością, nietypowym podejściem do życia, spojrzeniem na świat, masą dziwactw, obsesji, natręctw, urojeń, hipochondrii praktycznie nie mam żadnych szans u kobiet. No chyba, że stanę się kimś znanym i bogatym jak np. reżyserzy Steven Spielberg, Woody Allen, czy Alfred Hitchcock. Oni mają, w przypadku ostatniego - miał Aspergera, podobnie jak ja (najprawdopodobniej). Hitchcock (ostatnio oglądałem jego Psychozę z 1960, cudo, sam bym tego lepiej nie nakręcił :D) jak sam się przyznał był prawiczkiem do 24. roku życia (mam zamiar przynajmniej w tym być w tym lepszy od niego ;)). Gdybym był bogaty jak oni miałbym seks, ale nie miłość. Próżno szukać prawdziwej miłości w bogactwie, prawdziwą miłość, przyjaźń poznaje się w biedzie. Mi na tam na seksie nie zależy, mogłoby go nawet nie być. Nie uważam go za aż tak ważny, przecież to tylko włożenie członka do pochwy. Matko, co w tym jest takiego, że ludzie nie wyobrażają sobie związku bez seksu i jest to dla nich 50% związku? Dla mnie może z 3%. Jak dla kogoś seks to 50%, albo więcej, to prędzej czy później zdradzi. Bo nie kocha drugiej osoby, tylko dąży do zaspokojenia własnych, egoistycznych potrzeb. Seks to nic innego jak kochanie, ale samego siebie. O zgrozo, niektórzy mylą miłość z seksem i potem powstają takie kwiatki jak kobiety, które nie wierzą w miłość. Jak można nie wierzyć w coś co obiektywnie istnieje i są na to miliony dowodów w postaci starszego pana i starszej pani, już schorowanych, zniedołężniałych, ale wciąż się o siebie troszczących i wspierających. Może to coraz rzadsze, ale istnieje. I myślę, że tak szybko nie wyginie. Przypominam, zauroczenie/zakochanie to nie miłość. Zakochanie jest powiązane z seksem, hormonami, to stan umysłu, jak po alkoholu, narkotykach. Miłość to świadomy, trzeźwy wybór. Jak się wybierało siusiumajtków (panie), którzy myśleli tylko wiadomą częścią ciała to nie można mieć o to pretensji do nich, ani do innych Bogu ducha winnych mężczyzn i mścić się na nich i vice versa panowie, bo zostaniecie zgorzkniałymi babami feministkami, lub dziadami mizoginami. Chociaż ten feminizm z definicji nie jest nienawiścią do przeciwnej płci w przeciwieństwie do mizoginii, ale w sumie... Na jedno wychodzi.

Doszedłem do wniosku, że zbyt dużo piszę na tym blogu o sobie, a zbyt mało odnoszę się do świata, moich przemyśleń na temat otaczającej rzeczywistości, a jest o czym się rozpisywać, to temat na zupełnie inny post. Obiecuję, że będę mniej pisał o sobie. M.in przez to, że nie chce wyjść na zapatrzonego w siebie narcyza, a tak się czuję jak piszę non stop tylko o sobie, o swoich przypadłościach, swoich przypadłościach, no ale cóż. Gdzieś muszę to wyrzucić, wyżalić się. Zauważyłem, że ludzie nienawidzą jak ktoś żali się w internecie, a w szczególności kiedy robią to mężczyźni (kobiety mają taki przywilej) bo niby oznaka słabości, bo przecież chłopaki nie płaczą. Jesteś mężczyzną i pokazujesz słabość - jesteś ciotą. Masz być 24/h robotem bez uczuć, być odważny, silny, pewny siebie, zesrać się nie dać się. Raz pokażesz słabość i od razu wszyscy przestają się z Tobą liczyć, stajesz się człowiekiem gorszej kategorii, bo nie jesteś tym pi***m samcem alfa, którego tak nachalnie się promuje jako jedyny słuszny wzór prawdziwego mężczyzny. Kpią z Ciebie wszyscy, wręcz gardzą. I to nawet bardziej kobiety niż wspomniani samce alfa. No chyba, że jesteś Januszem biznesu i masz pieniądze, wtedy możesz liczyć na jakiś szacunek mimo bycia zniewieściałym. Tak, to wszystko powoduje u mnie straszny kompleks bycia niemęskim i brak chęci do życia w takim systemie. To smutne, ale prawdziwe. Idealnie pokazuje jak niewiele różnimy się tak naprawdę od zwierząt, mentalnie nie wyszliśmy z jaskiń. Jesteś słabym samcem? Wiedz, że będziesz miał przesrane, codziennie będziesz musiał walczyć o przetrwanie. Będą Cię chcieli zniszczyć, zgnieść, wywalić z puli genowej, bo oni muszą mieć dostęp do koryta, dostęp do wszystkiego. Może gdybym zwierzęciem to już zagryzłby mnie jakiś silniejszy osobnik. Boże, jeśli istniejesz, wiedz, że stworzyłeś wspaniały świat, ale za to te prawa natury i ludzi kompletnie spartaczyłeś. ;) Żeby nie było, nie jestem wyjątkiem. :)

Oj, wyszyły kompleksy, wyszły w drugiej części postu. ;) Rozpisałem się tak w ogóle trochę. Myślę, że pobudziła mnie do myślenia teina w herbacie, którą wypiłem u babci na odjezdne. ;)

Na zakończenie jeszcze smutna wiadomość. Odszedł mój pies, Misiek, po niemal 13 latach. Trudno mi o tym pisać, ale musiałem się tym podzielić.

Pozdrawiam wszystkich czytających. Kocham was jeśli istniejecie. ;) Do napisania.

piątek, 30 marca 2018

Wesołych Świąt Wielkanocnych i smacznego jajka...

...dla czytelników (jeśli istnieją ;)).
Dla mnie to będą dni jak każde inne. Nawet szczerze mówiąc nie przepadam za jakimikolwiek świętami. Lubię jak jest spokój, a niestety matka zawsze musi cudować z jakimiś potrawami wymyślnymi, musi się nadenerwować, namęczyć, nasprzątać i dla kogo? Przecież jestem tylko ja i ojciec, a goście żadni praktycznie nie przyjeżdżają. Ja zawsze wolę wszystko skromnie, w spokoju jak mi nikt nie bręczy nad uchem. Co to za święta, w których głównym motywem przewodnim są nerwy i stres? Dlatego mój mózg wykształcił reakcję obronną przez którą w ogóle nie odróżniam świąt od normalnych dni. W ogóle nie czuję atmosfery, klimatu. Za dzieciaka jednak było inaczej, wiadomo. Kończyły się Święta Bożego Narodzenia to wyczekiwałem niecierpliwie Zająca i tak w kółko. Dodam, że kiedyś okres kilkumiesięczny pomiędzy tymi świętami ciągnął się po prostu w nieskończoność kiedy miałem parę lat. Teraz nie dość, że teraz zanim się obejrzę są już następne, to tak na dobrą sprawę równie dobrze w ogóle mogłoby ich nie być. Rozpisałbym się na ten temat, ale oczy mnie coś szczypią i jestem dość zmęczony, chociaż o wiele mniej w ostatnim czasie korzystam z laptopa. O wiele cieplej się zrobiło na dworze i nie chce się już tak siedzieć w domu. Co więcej, pojawiła się perspektywa pracy w nowym miejscu. Nie zależy mi żeby praca była dobrze płatna, bo raczej nie uda mi się założyć rodziny. A może nawet to i lepiej, bo będę się cieszył wolnością i będę mógł więcej wydawać na swoje własne zachcianki, jakkolwiek egoistycznie by to nie zabrzmiało. ;) Chociaż nie ukrywam, że brakuje mi miłości, czułości, przyjaźni tak na co dzień, chociaż mam matkę z którą mam namiastkę tego wszystkiego. Dzięki Bogu chociaż ją mam. Poza tym czuję się ogólnie osamotniony i bez perspektywy zmiany tego. Nawet jak wychodzę do ludzi to mam syndrom samotnego wśród tłumu. Jakoś jednak nauczyłem się tak żyć i powolutku, małymi kroczkami idę do przodu. Może nie do przodu, bo wolę wolę być wciąż na tym samym poziomie, na takim, który już znam, innych panicznie się boję. Nie chcę się zmieniać, bo boję się, że sam dla siebie stanę się obcy.

Niedawno czułem się tak słabo, że myślałem, że jakby nie było rodziców to żyłbym jak Robinson Crusoe. Walka o przetrwanie. Myślałbym tylko jak zdobyć jedzenie, wodę, jak się ogrzać, czym zastąpić leki. Albo jak ten preppers, Adolf Kudliński. Nawet go trochę niedawno słuchałem i zainteresował mnie dość mocno ten temat. Tak bardzo czuję się pozbawiony sił na życie dorosłym życiem, że marzę o życiu jakiegoś żula, co to w byle co się ubierze, byle co zje, nawet bez prądu, wody, gazu, tylko żeby skitrać jakieś żarcie, płyny, i to by były jedyne zmartwienia. Tylko trochę byłoby mi wstyd przed sąsiadami. :D

Jutro ze święconką. Jakieś w końcu spotkanie z ludźmi. To nie tak, że się boję ludzi. Może trochę i tak, ale też brakuje mi ich obecności, takiej realnej. Ok. Kończę, już późno. Do napisania. ;)

niedziela, 25 lutego 2018

Żyć albo nie żyć

Oto jest pytanie. Żyć i mieć nerwicę czy nie żyć i mieć depresję. Mam taki dylemat praktycznie codziennie i jak dotąd mam przewagę tego drugiego. Nadal siedzę w domu i nie pracuję. Z jednej strony nuda i poczucie winy, że nic nie robię, z drugiej w sumie mi to pasuje bo lubię leniuchować i mam mnóstwo czasu żeby słuchać na internecie moich ulubionych kanałów na YouTube i serialu Świat według Kiepskich. Ostatnio znalazłem świetną stronę, na której można obejrzeć za darmo i bez reklam wszystkie odcinki (z wyjątkiem 220 i 381). Jeśli ktoś jest zainteresowany mogę podać link w komentarzu. ;) W dwa tygodnie ściągnąłem 526 odcinków. Może sobie wyobrazić więc jaki ze mnie fan(atyk). Czekam teraz z niecierpliwością na czerwiec kiedy to ekipa serialu ma wrócić na plan. Niestety na nowe odcinki trzeba będzie poczekać do września, bo sezon wiosenny nie był realizowany ze względu na brak czasu reżysera i niektórych aktorów. Co ciekawe, byłem pierwszym widzem w Polsce, który dowiedział się, że serial jednak będzie kontynuowany (bo były plotki o jego zakończeniu) - od Pani Zofii Czerwińskiej, odtwórczyni roli Malinowskiej. Napisałem do niej na jej profil na Facebooku. Jeśli jakimś cudem Pani to czyta, pozdrawiam Panią, Pani Zosiu i Pani psa Dżeka. :D

Wracając do tematu ulubionych kanałów na YouTube, regularnie słucham Atora, tego sympatycznego grubaska z kanału Wideoprezetacje, innego sympatycznego grubaska, łysego z Astrofazy, Marka Kotońskiego z Radia Samiec, szkoda tylko, że usunięto jego kanał. Ale jest teraz za to na Vimeo. Ostatnio jednak oszalałem na punkcie Radia Paranormalium. Kocham taką tematykę. Codziennie ostatnio słucham ich audycji, debat, podcastów, no czy jak to tam się nazywa, choć oczywiście podchodzę z dystansem do większości informacji stamtąd. Jednakże bardzo wciąga, lubię ten hipnotyzujący głos głównego prowadzącego, który brzmi jak syntezator mowy. ;)

Mam jeszcze sporo kasy odłożonej z pracy w Dino, przez to też częściowo nie spieszy mi się do znalezienia nowej, chociaż coś tam na oku mam. Nie pracuję, w urzędzie pracy jak dotąd nie udało mi się zarejestrować, przez co nie mogłem wykupić leków, które zazwyczaj biorę. Musiałem odstawić beta-bloker o nazwie Bibloc. Bałem się, że będę miał jakieś straszne skoki ciśnienia, ale nie jest źle, nawet mam więcej energii. Piję teraz tylko trochę więcej melisy i biorę codziennie rano lek na uspokojenie Doppel herz z wyciągiem, z liści melisy, szyszek chmielu i korzenia różeńca górskiego oraz witaminami B6 i B12. Suplementuję się też witaminą C. Pomaga mi to na wrażliwe naczynka twarzy i krwawienia z nosa. Bez tego wystarczy, że się zdenerwuje, podniesie mi się ciśnienie, zjem coś gorącego, wypiję kawę to już pękają mi naczynka i robię się czerwony/różowy. Wyglądam wtedy za przeproszeniem jak gówno. W skrajnych przypadkach gdyby ciśnienie wzrosłoby mi zbyt mocno, jak czosnek nie wystarcza, biorę lek Captopril pod język. Dobrze, że włącza mi się alarm w postaci czerwonych uszu. ;) Najgorzej jest w połowie dnia, po obiedzie wtedy modlę się żeby jakoś po ludzku to przetrwać. Tak od lat. Zawsze po południu zaczynam się czuć co najmniej dziwnie. Jakby coś wewnątrz mnie zaraz miało eksplodować, bardzo nieprzyjemne uczucie. Jak teraz nie biorę beta blokera to jeszcze dochodzi lekko przyspieszone bicie serca po obiedzie. Teraz znowu mam tak, że po obiedzie prawie zawsze muszę udać się na sjestę jak jakiś Hiszpan. Przynajmniej godzinkę muszę przedrzemać. Myślę, że to po leku antydepresyjym, bo jak nie biorę to nie mam aż takiej senności w ciągu dnia. Często po wstaniu czuję wtedy nieznośny niepokój i rozdrażnienie i mam wyraźne zaczerwienienie w okolicach uszu i policzków, jednak po jakimś czasie to znika. Potem zjem jakiś jogurt z płatkami czy siemieniem lnianym, budyń, owsiankę, do tego jakieś ziółka i tak mija większość dni. Pogadam z matką, pooglądam z nią coś w TV, jakieś Jaka to melodia czy Jeden z dziesięciu. dzielę się z nią poglądami na różne tematy, dyskutuję, albo opowiadamy sobie o muzyce, muzykach, słuchamy razem muzyki na YouTube. Ona teraz czyta jedną z książek które kupiłem, o Ericu Claptonie. Potem gadamy jak tacy dobrzy, starzy kumple o tym co ten wariat w swoim szalonym życiu nawywijał, różne ciekawostki z życia, a działo się wiele, delikatnie mówiąc, jak to u rockmanów i bluesmanów. Czasami mamuśka jest do rany przyłóż, a czasami nie do wytrzymania. ;) Może i wyjdę na totalnego, żałosnego maminsynka, ale jestem przekonany, że mężczyzna (choć wcale mężczyzną się nie czuję tylko chłoptasiem) taki jak ja nie znajdzie w swoim życiu lepszej kobiety, która by go tak kochała, tak o niego dbała i była dla niego taką przyjaciółką. Zastanawiam się co będzie w razie gdyby jej zabrakło. Z kim będzie mi się tak dobrze gadać w realu? Może na starość zatrudnię se jakąś fajną opiekunkę, z którą chociaż w połowie będzie mi się tak dobrze rozmawiać. Ale zaznaczam, dopiero na starość. Dlatego, ponieważ już teraz jestem mentalnym starcem, a kto w podobnym wieku do mojego chciałby się zadawać ze starcem, który prawie nie opuszcza domu i prowadzi ascetyczny tryb życia?

Teraz się pochwalę moimi ostatnimi zakupami internetowymi. Mianowicie kupiłem zestaw pięciu świeżo palonych kaw ziarnistych ze strony MK Cafe Fresh. Kawy z różnych stron świata - brazylijska, kostarykańska, kolumbijska, kenijska i indyjska. Nie mogłem się doczekać aż dostąpię degustacji. Wypróbowałem już wszystkie i muszę powiedzieć, że nigdy chyba nie wrócę do zwykłej, już zmielonej kawy. Zasmakowała mi szczególnie indyjska. Mamie kenijska. Kupiłem też młynek marki do kawy De'Longhi. Dobra firma, dobra jakość. Kiedyś w Dino kupiłem zaparzacz do kawy, tzw. french press. Można dzięki niemu m.in oddzielić fusy od kawy, zrobić cappuccino. Strasznie mnie to kręci, taka zabawa w baristę, potem delektowanie się przepyszną kawą, tym intensywnym smakiem i zapachem. Chyba stanie się to moim nowym obsesyjnym zainteresowaniem. Szukanie i kupowanie coraz to nowszych rodzajów kaw oraz metod jej robienia. Tutaj też mogę liczyć na współzainteresowaie matki. Ona też uwielbia kawę. Wspólnie degustowaliśmy, wymienialiśmy się opiniami itd. Chociaż jak powiedziałem jej co zamówiłem i za jaką kasę to początkowo była zła, bo mogłem wydać pieniądze na coś bardziej potrzebnego, np. na ubrania. Kurczę, przecież jestem dorosły, to moja kasa, dlaczego mam ją wydawać na coś co mnie nie cieszy zamiast na to co mnie cieszy? Jak czekałem na zamówioną gitarę, albo te kawy i młynek to czułem się podekscytowany jak dzieciak w święta czekający na prezent. Dosłownie. Bardzo się cieszę, że są te sklepy internetowe i można siedząc na dupie w chałupie kupić se co się chce i kiedy się chce. Ludzie narzekają na ten dwudziesty pierwszy wiek, ale ja jednak nie chciałbym żyć wcześniej. Ominęłoby mnie tak wiele wspaniałych możliwości jakie oferuje współczesna technnologia.

Do napisania. ;)

piątek, 19 stycznia 2018

Psychoza

Tytuł jakże straszliwy, nadaję temu pierwszemu wpisowi 2018 roku. Nie, nie jest ze mną aż tak źle żebym miał psychozę (chociaż dawniej byłem bliski tego), ale jakoś czytelników trzeba przyciągnąć. To tytuł filmu w reżyserii Alfreda Hitchcocka, który obejrzałem wczoraj. Zrobił na mnie ogromne wrażenie. Kocham takie klimaty, kiedy to w każdej chwili ktoś może umrzeć i napięcie jest tak perfekcyjnie budowane. Planuję też w najbliższym czasie obejrzeć ,,Ptaki".

Mam znów bardzo dużo wolnego czasu, bo po 3,5 miesiąca niestety nie pracuje już w Dino. Skończyła mi się umowa i nie została przedłużona. Chociaż niby mogą kiedyś tam zadzwonić jakbym jeszcze był potrzebny. Pocałujta misia w dupę, nie to nie. ;) Trochę mi żal, bo jednak zdążyłem się przyzwyczaić do to pracy i ludzi, nie tylko pracowników, ale klientów. Niektórzy byli bardzo sympatyczni. A teraz jak będę musiał iść na nowe to nie wiem czego, jakiej atmosfery się spodziewać.

W lutym miną dwa lata od mojego ostatniego podejścia do egzaminu na prawo jazdy. Jak byłem u rodziny krótko po nowym roku to niestety palnąłem głupotę, że moim postanowieniem noworocznym jest właśnie zdobycie tego zasranego prawka. I teraz wypadałoby się z tego zobowiązania wywiązać. Mam kupę czasu, sporo pieniędzy na koncie zaoszczędzonych, więc mogę spokojnie i bez presji próbować. Chociaż takk czy takk skazuję siebie znów na ten cholerny stres. Trzeba będzie ograniczyć kawę, a najlepiej całkowicie (choć to prawie niemożliwe) przerzucić się na bezkofeinową (albo zbożową, bo inaczej miałbym skoki ciśnienia jak stąd do Chicago), górę rzeczy bogatych w potas i w magnez. Z pieniędzy zarobionych w Dino chciałbym w pierwszej kolejności kupić teraz jakiś dobry aparat fotograficzny, bo robienie zdjęć to jedno z wielu moich hobby.

Ostatnio bardzo zainteresowałem się kosmosem, wszechświatem, jak powstał, czy jest życie pozaziemskie, obserwacje ufo, dyskusje wierzących z ateistami, o odkryciach, nauce, historii. Mogę tego słuchać godzinami. Lubiłem zawsze się tak zrelaksować po pracy. Pierwsze co robiłem to zawsze zasiadałem przed laptopem z jogurtem greckim, do którego dodałem zmielonego przeze mnie siemienia lnianego. Normalny mężczyzna wolałby piwo i mecz. Ja film dokumentalny o ciekawostkach dot. życia, wszechświata i do tego najlepiej kawa przegryzana gorzką czekoladą, tudzież jakiś dobry film przygodowy, kryminalny, western, thriller, horror. I muzyka z lat 60, 50, 40, 30 i 20. Szczególnie ostatnio ulubiłem sobie blues delty, country folk amerykański, wykonawców takich jak Blind Lemon Jefferson, Charley Patton, Lead Belly, Blind Willie McTell, The Carter Family, Jimmie Rodgers, Robert Johnson. Choć te nazwiska zapewne nic nikomu nie mówią. ;) Typowy Asperger ze mnie. Jestem tak oderwany od rzeczywistości, tak inny z zainteresowaniami i stylem życia od zwykłego Kowalskiego (broń Boże nie uważam się za lepszego, tylko stwierdzam fakt), że trudno mi funkcjonować w tym systemie, nawiązywać relacje międzyludzkie. Jeśli już kogoś poznaję w realu, to te koleżeńskie relacje są raczej płytkie, chłodne. Nie da się z tego zrobić niczego więcej. Tak więc chociaż bywam nieraz wśród ludzi to i tak czuję się samotny. Ktoś kiedyś powiedział, że jak pójdę do pracy to nie będę tyle myślał, poprawi mi się stan psychiczny, spotkam się z ludźmi. A takiego wała, nic to nie zmienia, absolutnie poza tym, że kiedy skupiam się tylko na pracy to czuję się wypranym z emocji robotem, który tylko wykonuje mu powierzoną robotę i utrzymuje z ludźmi dookoła jakiś pozorny kontakt, po czym wraca do domu i zadaje sobie pytanie ,,po co to wszystko?" Lubię sobie jednak pobyć w samotności w swoim pokoju, kocham to. Ten stan, spokój ducha kiedy nic nie muszę, nikt mi nic nie każe. Nieraz nie chcę nawet żeby rodzice do mnie wchodzili, a szczególnie matka, bo ona często ma jakieś pretensje, a to, że bałagan w pokoju, a to, że nie mam ochoty zjeść obiadu. Strasznie mnie irytuje, że wyprowadza mnie z mojej harmonii i nie mogę żyć po swojemu. Czasami zdarza mi się wybuchnąć na nią, czego potem żałuję oczywiście i przepraszam. Nieraz czuję, że mógłbym tak żyć do usranej śmierci żyć tak w tym swoim pokoju, bo nie chce mi się w ogóle z domu wychodzić. Dla przeciętnego człowieka może to niewyobrażalne i zdechłby z nudów, ale dla mnie nie ma nic lepszego niż życie takiego ,,emerytowanego emeryta na emeryturze". Nic nie musisz, a to leki weźmiesz, a to pooglądasz sobie telewizję, a to internet, a to przejdziesz się na spacer ze zwierzakami, wrócisz, wypijesz kawkę, zjesz coś słodkiego, na gitarce pograsz, a to z przyjacielem na GG pogadasz. Pozdrawiam, Łukasza, nr. 1 jeśli chodzi o internetowe znajomości i przyjaciela przez wielkie ,,P". Pozdrawiam także Wacława, Bartosza, Karolinę, Joannę, a także kolegę, którego imienia nie pamiętam, ale lubię z nim rozmawiać. ;)

Z tym moim izolowaniem się to chyba chodzi o jakąś stabilizację. Jestem typem człowieka tak skrajnie nieodpornym na stres i introwertycznym, że woli tryb życia, który zabiłby typowego pewnego siebie ekstrawertyka. Pracę też preferuję rutynową, powtarzalną, żeby przypadkiem nie narazić coś co wsadziłoby mi dupę w pokrzywy, czytaj: coś zaskakującego, nieprzewidzianego, co naraziłoby mnie na stres. Nie wiem właśnie czy lepiej byłoby się na ten stres hartować, czy tak jak robię to do tej pory, unikać. Czy ta pierwsza ewentualność nie będzie równie bezsensowna jak człowiek z cukrzycą, który je cukier bo chce się na niego uodpornić?

niedziela, 31 grudnia 2017

Szczęśliwego nowego roku życzę ewentualnym czytelnikom

W święta jakoś zapomniałem żeby złożyć życzenia to chociaż teraz życzę wam kochani udanego Sylwestra i spełnienia marzeń w tym nowym 2018 roku. Teraz nie mam natchnienia, postaram się napisać coś więcej w styczniu, ale za to opublikuję obrazek. ;)

środa, 29 listopada 2017

Zakupy, lekarze...

W związku z tym, że w końcu zacząłem zarabiać w końcu mogę zaszaleć i kupić sobie to czego tylko zapragnę, chociaż to też nie do końca, bo jednak jakichś wielkich kokosów nie zarabiam żeby pozwolić sobie na rozrzutność. Każdy większy a nawet mniejszy zakup staram się przemyśleć. Najczęściej wydaję pieniądze na gorzką czekoladę (w moim Dino są tylko Wedel 64-procentowy i Wawel 70 i 90-procentowe), jogurty greckie firmy Rawicz, albo owocowe z Piątnicy, które ostatnio mi tak posmakowały. Kupuję i piję też dużo wody, soków. Jeśli wody to mineralne, jeśli soki to 100%. Zawsze przywiązywałem wagę do tego żeby było w miarę jak najbardziej zdrowo. Ostatnio coraz częściej ulegam pokusie żeby kupić jakieś ciastka. Takk często przy nich coś robię, że w końcu musiałem się złamać. Na pierwszy ogień poszły ciastka szkolne agrestowe Dr Gerarda, potem Krakuski serduszka maślane z polewą czekoladową. One mi się na pierwszy rzut oka wydały najbardziej zasmaczyste ze wszystkich i nie myliłem się. ;) Na szczęście osoby z pracy pomogły mi w zjedzeniu tych ciastek. Lubię częstować innych. ;) Z takich większych zakupów to jak dotąd udało mi się kupić nową gitarę - akustyczną, Fender CD60 oraz przetwornik kapo-slide. Zamierzam jeszcze kupić parę innych akcesoriów do gitary. Za jakiś czas pewnie kupię sobie też elektryka.

Niedługo odbiorę nowe oprawki do okularów - czarne z grubymi oprawkami. Okazało się, że od czasu ostatniej wizyty u okulisty w czerwcu 2013 nie trzeba zmieniać mocy szkiełek. Miałem też badanie dna oka i okazało się, że nie ma zmian. Dostałem też krople do oczu, bo ostatnio często szczypią mnie, pieką, czerwienią się. I dotyczy to nie tylko oczu, ale całej twarzy. Zastanawiam się od czego to może być, na tle nerwowym, alergicznym czy może to jak stwierdził okulista reakcja polekowa. Próbuję różnych kremów, ale nadal skóra mnie szczypie, czerwieni się i w ogóle wyglądam jakbym chlał codziennie wódę. Aż wstydzę się przez to przebywać między ludźmi. Niby przez jakiś czas wszystko jest ok, aż nagle skóra mnie zaczyna swędzieć, piec i robić się czerwona jak u menela.

Dzisiaj byłem u psychiatry (nowego) i przepisał mi nowy lek - Parogen (paroksetyna). Wizyta miło przebiegała, poszło szybko i sprawnie. Doktora polecił znajomy rodziny, który również u niego się leczył. Umówiłem się do niego już ok. 5 listopada, a wizyta dopiero dziś, 29 listopada, więc trochę musiałem się namęczyć. Ale czuję, że nie dałbym rady dłużej. Jechałem już na resztkach paliwa, o chorobach i śmierci myślałem i wciąż jak na razie myślę codziennie i bezustannie. Niby sypiam w miarę dobrze, po 8-10 godz., ale kiedy przychodzi pora wstawania to czuję się, jakbym nie spał w ogóle. Po wstaniu czuję niby, że mam jakąś tam energię, i tak jest zazwyczaj do ok. 14-15. Góra 16. Potem zaczyna się jazda w dół. Niestety w pracy nie mogę sobie na to pozwolić. Przez moją męczliwość, senność i zaburzenia koncentracyjne coraz kiepściej mi szło. Gdybym siedział w domu i miał czas na obmyślanie sobie diety, własnego leczenia (lubię się bawić w takie rzeczy) to być może nie musiałbym brać tych leków od psychiatry. Nic jednak chyba mnie tak nie męczyło jak skoki ciśnienia i napady gniewu, agresji, lęku. Tak się nie da żyć, myślałem, że wykituję. Do wszystkich, którzy mówią, że leki to świństwo i trzeba umieć żyć bez nich - przeżyjcie to sami, a potem się wypowiadajcie. Wytrzymałem parę miesięcy układając sobie dietę, ale na dłuższą metę to na nic. Przyszła taka pora roku, że nic nie pomaga i muszę się wspomóc lekami. Zdaję sobie sprawę, że to ostateczność. Nie jestem lekomanem jak mi to usilnie próbuje wmówić matka. Nie wrzucam w siebie leków lekką ręką. Najchętniej nie brałbym żadnych, ale tak się nie da. Musiałbym w ogóle nie wychodzić z domu i cały wolny czas poświęcić na komponowanie diety, jedzenia, napoi, zero stresu, zero presji. A, że mam dodatkowo neurotycznych rodziców (zwłaszcza ojca) to zawsze te schematy myślowe, spojrzenie na świat, niechęć do niego przechodzą i na mnie. Chociaż usilnie próbuję się od nich odciąć mentalnie to nie zawsze odnosi to zamierzone skutki. Nie wiem co musiałby się stać żebym nie skończył jako stary kawaler z kotem.

Być może wkrótce opiszę jak wygląda mój typowy dzień przed, po i w trakcie pracy. ;)